Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/300

Ta strona została przepisana.


cofnęła się jakby przed ohydnem widmem jakiem, wyraz śmiertelnej obrazy twarz jej okrył. W bramie stał jeszcze Oleś i rozmawiał półgłosem z młodym jakimś mężczyzną, stojącym u dołu wschodów, z których znać zstąpił przed chwilą, aby udać się na miasto. Marta rzuciła się w przeciwną stronę. Widocznem było że usiłowała niepostrzeżona przemknąć pod ścianą, ale kiedyż zwinna sarna ujść mogła oka wprawnego myśliwca? Pani! odwracając się zawołał Oleś; co za niespodzianka! Nie myślałem, abyś tak wcześnie opuściła dziś tę jamę, która (tu głos jego zniżył się) od pewnego czasu stała się dla mnie rajem, do którego tęsknię!
Mężczyzna, z którym Oleś rozmawiał przed chwilą, zbiegł z ostatnich wschodów i wybiegł na ulicę, rzucając przelotne spojrzenie na kobietę, do której zwracał się jego towarzysz, uśmiech dwuznaczny ukrywając piosnką z Flik i Flok. Marta stała pod ścianą blada jak marmur, z wyprostowaną kibicią i błyskawicami w oczach. Wesoły Oleś zbliżał się ku niej z uśmiechem na ustach i marzącem spojrzeniem.
— Czego pan chcesz odemnie? zawołała kobieta.
— Pani! przerwał jej mowę pan stworzeń, przed kwadransem odepchnęłaś mię od siebie