Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/302

Ta strona została przepisana.


utkwił w ziemi i stał tak długo. Na twarzy jego było zawstydzenie i rozżalenie. Wstydził się swej porażki, żałował powabnego i opornego, tem powabniejszego że opornego zjawiska, które zniknęło mu z przed oczów. Może też na widok kobiety z rozpaloną źrenicą, z chmurą na czole i drżącą od dumnego żalu wargą drgnęło w nim poważniejsze uczucie jakieś, może uczuł, że źle uczynił, że komuś nie chcący wyrządził krzywdę. O tak! nie chcący! „Nam idzie o życie“ powiedziała ona.
Co za myśl! miałżeby on intencyą zabijać kogoś? Nic na świecie nie było bardziej obcem czułemu sercu jego, nic bardziej nieprzystępnem myśli, wcale do dramatów wszelkich nie skłonnej, jak intencya jakiegokolwiek morderstwa. A jednak z jaką siłą przemawiała ona do niego! jaka bolesna błyskawica strzelała z jej źrenic, jak była bladą i jak piękną! Oleś oddałby w tej chwili bez wahania parę lat swego skrzydlatego, błogiego życia, aby módz zobaczyć ją, błagać o przebaczenie, wynagrodzić krzywdę, jeśli zadał jej jaką, i... odprowadzić ją do jej mieszkania.
Ba! ale gdzie było to jej mieszkanie? nie wiedział. Zmarszczył czoło, strzepnął niecierpliwie palcami i podnosząc głowę zawołał prawie ze złością:
— Teraz już ją chyba nie znajdę!