Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/308

Ta strona została przepisana.


mego czoła tworzyła ona dla siebie i dzieci swych bogactwo? Za kogo zresztą ma mnie świat cały, ludzie? Jeden odrzuca pracę moją, bo jest nieudolną; inny z góry już jej nie przyjmuje w przekonaniu, że musi ona być nieudolną; inny jeszcze wyzyskuje ją nikczemnie, dlatego właśnie że jest nieudolną; inny nakoniec nie widzi we mnie nawet człowieka, równego mu w czci i cnocie, ale tylko nie brzydką kobietę, którą można... kupić! Dlaczegoż wymagałam od Szwejcowej tego, czego cały świat mi odmawia, czego zdobyć sobie u ludzi, u samej siebie — nie potrafiłam?
Noc ustępowała przed szarym zimowym świtem, Marta siedziała wciąż na jednem miejscu, z łokciami opartymi o kolana, z głową w dłoniach. Czuła się teraz pokorną, bardzo pokorną, uśmiechała się sama z siebie na myśl, że wczoraj jeszcze mogła rościć jakieś pretensye do szacunku ludzkiego, była pewną, że nigdy już nie zadziwi się nad poniżeniem własnem i nie sarknie przeciw poniżającej ją ręce.
Wraz ze światłem dnia wstąpiły do izby na poddaszu przypomnienia potrzeb codziennych. Marta wyjęła z kieszeni złotówkę. Więcej pieniędzy nie miała i zarobku żadnego.
Trzeba iść prosić! pomyślała.
Wyszła na miasto i skierowała się ku