Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/315

Ta strona została przepisana.


zatrzymując się przed wdową, mama moja kazała mi panią bardzo przeprosić, że fatygowałaś się do nas nadaremnie... dziś tak zimno, a pani fatygowałaś się idąc do nas... mama kazała bardzo przeprosić...
Mówiła to prędko i ze zmieszaniem, przy ostatnich wyrazach nieśmiałym trochę gestem wyciągnęła rękę z rublową asygnatą. Marta wahała się sekundę, ale tylko sekundę, poczem wzięła z ręki ładnej panny szeleszczący papierek, rzekła: dziękuję! i odeszła. W drodze do domu kupiła wiązkę drzewa, trochę czarnego chleba, grubej mąki i mleka. Chleb przeznaczała dla siebie, mleko i mąkę dla dziecka. Tego dnia nie wyszła już na miasto. Zgotowała strawę z mleka i mąki złożoną, nalała ją na glinianą miskę i posadziła przed nią Jancię.
Ale dziewczynka jadła nie wiele. Milcząca była i wyjątkowo poważna. Mała główka ciężyła jej snać dolegliwie, bo podpierała ją ciągle chudą rączką, potem usiadła na ziemi przy matce, położyła się na jej kolanach i usnęła snem ciężkim, długim.
Nazajutrz Marta przelękła się spojrzawszy przy świetle poranku na twarz swego dziecka. Jancia bledszą jeszcze była jak wczoraj, z zapadłych i podkrążonych jej oczów przemawiała cicha, lecz przejmująca skarga. Młoda kobieta