Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/317

Ta strona została przepisana.


— Pani! zwracając się do Szwejcowej rzekła Marta, dwa dni temu byłam poywczą, nieuważną... obraziłam się tem co mi pani mówiłaś i odpowiedziałam niegrzecznością. Przepraszam panią. Jeżeli można... chciałabym znowu pracować u pani.
Jak wprzódy zdziwienia, tak teraz tryumfu nie znać było na twarzy Szwejcowej. Owszem uśmiechnęła się ona słodko i skinęła głową uprzejmie.
— O! moja pani Świcka! zaczęła słodkim, miodowym głosem, ja się nie gniewam, wcale nie gniewam... i cóż tam, dobry Boże, tak bardzo ważnego, usłyszeć jakąś niegrzeczność... znieść przykre słowo. Wszak Odkupiciel nasz rozkazał, abyśmy rano i wieczór powtarzali: i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy! Byłabym nieposłuszną słowu Bożemu, jeślibym gniewała się na panią Świcką... ale przyjąć pani Świckiej do zakładu mego nie mogę, bardzo żałuję, ale doprawdy już nie mogę, bo na miejscu pani Świckiej mam od wczoraj inną robotnicę...
Przy ostatnim wyrazie wskazała nożycami młodą kobietę, która siedziała na dawnem miejscu Marty.
— Zakład nasz posiada, chwała Bogu, jak najlepszą reputacyą... nie używamy przytem maszyn, które tak okropnie niszczą siły i nad-