Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/318

Ta strona została przepisana.


werężają zdrowie osób pracujących. Toteż robotnice cisną się do nas, cisną. Prawdziwy natłok. Niema dnia, w którymby dwie lub trzy osoby nie zgłaszały się z prośbą o robotę. Nie brakuje, chwała Bogu, robotnic, nie brakuje, nadto zaś ich nabierać nie możemy, bo ja i moja córka nie życzymy sobie obarczać się pracą zbytecznie. Teraz więc kiedy jest komplet robotnic, więcej nawet niż komplet, dla pani Świckiej miejsca...
— A może mamo, znalazłaby się jeszcze robota i dla pani Świckiej, szepnęła nieładna panna, pochylając się ku matce.
Od kilku chwil przypatrywała się ona Marcie z uwagą i ciekawością. W małych zyzowatych trochę jej oczach zjawiło się coś na kształt politowania.
Ale Szwejcowa wzruszyła ramionami.
— Nie, rzekła, niema roboty, niema! Nie możemy przecież dlatego aby przyjąć panią Świcką, która dobrowolnie nas opuściła, odprawić wczoraj przyjętą pannę Zofię. Usłyszawszy ostatnie wyrazy, kobieta siedząca na dawnem miejscu Marty podniosła głowę z nad roboty i spojrzała na naczelniczkę zakładu prawie z przestrachem.
— Pani mnie już nie przyjmie? zapytała Marta, nie mogę mieć żadnej nadziei?
— Żadnej, kochana pani Świcka, żadnej!