Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/322

Ta strona została przepisana.


Ale chwilę tę już przebyła. Siłą woli pochwyciła umykającą jej przytomność umysłu, wytrzeźwiała całkiem i podała jubilerowi obrączkę.
— Czy to konieczne? mój Boże, czy to konieczne? zapytał jubiler tonem politowania.
— Konieczne, krótko i sucho odpowiedziała kobieta.
— A! jeśli pani życzysz sobie tego, lepiej już że zbędziesz przedmiot ten mnie niż komu innemu. Otrzymasz pani przynajmniej całą jego wartość.
Mówiąc to stał już za stołem pokrytym oszklonemi pudłami złotniczych wyrobów i rzucał obrączkę na nie wielkie mosiężne szale. Dwa metale spotykając się ze sobą, wydały dźwięk czysty i przeciągły.
Marta odwróciła wzrok od kołyszących się szalek. Wzrok jej przylgnął teraz do widoku, na który dotąd nie zwracała uwagi. Był to widok bardzo prosty. Z dwóch stron politurowanego stołu siedziało pięciu młodych mężczyzn od lat 15-tu do 25-ciu, z delikatnemi narzędziami w ręku. Jedni z nich szlifowali i polerowali drogie kamienie różnej wielkości; inni topili złoto przy małych płomykach liżących brzegi żelaznych trójnóżków; jeden rysował wzory łańcuszków, bransolet, brosz, kolców,