Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/330

Ta strona została przepisana.


warta rub. sr. 3 i pół a dałeś mi 4. Otrzymałam tedy pół rubla nadto.
— Ależ pani dobrodziejko, wyjąkał jubiler, myślałem... sądziłem... chciałem... pani dobrodziejka wyrysowałaś mi wzór...
— Rozumiem, przerwała Marta, i dziękuję panu!
Któryż to już raz od czasu, gdy od drzwi do drzwi ludzkich ciągać poczęła biedę swą i gwałtowne potrzeby, w zamian żądanej pracy otrzymała jałmużnę?
Marta opuściwszy sklep jubilera nie płakała, nie przyśpieszała i nie zwalniała kroku.
Bez łzy, bez uśmiechu i bez westchnienia szła prosto ku swemu mieszkaniu krokiem równym, wciąż jednostajnym.
Przed godziną myślała, że po otrzymaniu pieniędzy za sprzedaną obrączkę kupi dziś jeszcze drzewa dla lepszego ogrzania na noc izby, wiktuałów dla sporządzenia dziecku posilnej potrawy. Nie spełniła jednak tych zamiarów swoich, nie poszła do sklepiku z wiktuałami, możnaby rzec, że albo zapomniała o wszystkiem na świecie, albo nie miała siły zajść dalej lub odwagi pójść gdzieindziej, jak tylko do tej wysoko wzniesionej, nagiej i zimnej nory, która była jej mieszkaniem. Do dnia tego ile razy wracała do domu, biegła zawsze śpiesznie po wschodach, teraz