Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/338

Ta strona została przepisana.


Stała chwilę i myślała. Nagle rzuciła się ku posłaniu i stanęła nad niem.
— Ach! zawołała, i ja także nie pozostawię cię bez ratunku! Ojciec pracowałby dla ciebie... Matka — pójdzie żebrać!
Płomienny rumieniec okrył zżółkłe jej policzki, w oczach zapłonął ogień silnego postanowienia.
Zarzuciła na głowę czarną chustkę i zbiegła na dół do mieszkania stróża. Tam przed ogniem, przy którym gotowała się strawa, siedziała kobieta w wielkim czepcu i grubem obuwiu. Marta stanęła przed nią zdyszana biegiem.
— Pani! zawołała, przez litość... przez miłosierdzie...
— Pewno pieniędzy! fuknęła kobieta, nie mam, nie mam, skąd ja ich tam mieć mogę...
— Nie, nie, nie pieniędzy! pójdę po nie do miasta! posiedź pani tymczasem przy mojem chorem dziecku!
Kobieta skrzywiła się choć nie tak gniewnie jak wprzódy.
— Abo to ja mam czas siedzieć przy acani chorem dziecku...
Marta pochyliła się, pochwyciła wielką, grubą, twardą rękę kobiety i przyłożyła ją do ust.
— Przez litość pani, przez miłosierdzie