Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/339

Ta strona została przepisana.

posiedź przy niej... ciągle pić chce... rzuca się i zrywa, nie można dziś zostowić ją samą...
Całowała tę rękę, która niedawno jeszcze zadawała razy ciału jej dziecka.
— No, no, co tam acani robisz! pójdę już, pójdę i posiedzę, tylko nie baw się długo, bo za godzinę dziecko mi przyjdzie ze szkoły i muszę je nakarmić!...
Ciemna postać kobiety mknęła sród zmroku pod sklepioną bramą kamienicy..
— Pójdę... wyciągnę rękę... wyżebrzę... szeptała do siebie Marta. Wybiegła na ulicę, stanęła, pomyślała jeszcze chwilę i popędziła w kierunku św. Jerskiej ulicy. Płomieniste skrzydła, z których jednem była boleść, drugiem przestrach, niosły ją znowu z szybkością zadziwiającą. Ślepa, głucha, nie czująca potrąceń przechodniów, nie zważająca na ich sarkania i oglądania się, jak błyskawica przerzynała zachodzące jej drogę tłumy ludności i mknęła chodnikami ku miejscu, w którem była jedna ze spotkanych przez nią rąk litościwych. Stanęła nakoniec przed bramą, do której niegdyś wchodziła z radością, nadzieją, dumą, odetchnęła głęboko, wstąpiła szybko po oświetlonych wschodach i trzęsącą się ręką dotknęła rączki elektrycznego dzwonka. Drzwi otworzyły się, młoda, ustrojona, fertyczna służąca stanęła w progu, zarazem fala światła rzuciła