Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/342

Ta strona została przepisana.


Nieustanny turkot kół niby grzmot nieskończony biegł środkiem szerokiej ulicy. Na chodnikach falowało tysiące głów ludzkich. Widno tam było tak prawie jak w dzień, bo prócz rozsianych gęsto gazowych latarni mnogie okna magazynów rzucały na szeroką przestrzeń powodzie światła.
Na chodnikach głównych ulic Warszawy nigdy nie bywa tak tłumnie jak w tej właśnie porze. Jest to bowiem pora i pracowitych i próżniaków. Pracowici śpieszą ku spoczynkowi lub rozrywce, próżniacy lubują się właściwymi sobie żywiołami: wrzawą, w którą wsłuchają się bezmyślnie, rozmaitością widoków, na które się gapią, blaskiem pieszczącym zmysł ich wzroku, a może i tajemniczym półcieniem wieczoru. W biegnącym tym, śpieszącym, gwarzącym tłumie znajduje się zapewne wiele dusz litościwych, ale dusze te czem innem teraz niż litowaniem są zajęte. Pochwycił je wir świata, dzień kończący się wezwał do pośpiechu; zabawy, interesa, uczucia w tej porze porwały wyobraźnią, zajęły myśli, dały cel pośpiesznym krokom. Oprócz tego przy świetle sztucznem mniej wyraźnie niż przy dziennem występują bruzdy na twarz cierpiącego, w zagasłych źrenicach przeglądają się promienie lamp naśladując blaski zdrowia i życia, turkot i wrzawa głuszą głosy zmę-