Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/343

Ta strona została przepisana.


czonych piersi. Litościwe zaś dusze i ręce zatrzymują się tam nadewszystko i najdłużej, gdzie szkielet nędzy najgłośniej dzwoni nagiemi kośćmi, najstraszniej spogląda trupiemi oczami.
Od kwadransa już Marta była na Krakowskiem Przedmieściu.
Od kwadransa? od roku, od wieku, od początku czasów!
Nie biegła już teraz, ale szła powoli, sztywna, niema, z nieruchomą twarzą i oczami szklannem wejrzeniem sunącemi po twarzach przechodniów.
Płomieniste skrzydła, które godzinę temu miała u ramion, opadły, czuła się ogarnięta znowu śmiertelnem zmordowaniem. Szła jednak, po smugach światłości, w półzmroku, przed nią, nad nią, obok niej, pomiędzy gwiazdami nieba i twarzami ludzkiemi na ziemi unosiła się i z milczącą skargą patrzała na nią twarz jej dziecka. Szła; bo na widok ludzi w głowie jej po raz pierwszy wyraźnie ozwała się myśl obwiniająca. Żal do ludzi zawrzał w jej piersi wszystkiemi łzami, które w niej skrzepły a teraz przemieniały się zwolna w kipiący wrzątek. Po raz pierwszy pomyślała, że ludzie to winni są bezbrzeżnej jej niedoli, że powinni oni dźwigać ciężar życia jej i jej dziecka. W tej chwili zagasło w niej do szczętu uczucie osobistej odpowiedzialności. Czuła się słabą