Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/349

Ta strona została przepisana.


Ręka jej chuda i zziębnięta trzęsła się jak liść osiny, w przeszywającym jej głosie brzmiały już przeciągłe i żałosne dźwięki żebracze.
Mężczyzna w bogatem futrze popatrzył na nią chwilę i wzruszył lekko ramionami.
— Moja pani! rzekł sucho; czy nie wstydzisz się żebrać? Jesteś młoda i zdrowa, możesz pracować!
Wyrzekłszy to zwrócił się ku palisandrowemu stołowi, na którym leżały kobierce i stały srebrne kosze.
Kupiec z uśmiechem na ustach rozwijał jeden jeszcze kobierzec. Ciągnęli dalej przerwaną rozmowę.
Ciemna postać kobieca stała wciąż u drzwi, jakby zaklęła ją siła jakaś złowroga i niezmożona. Złowrogo też w istocie wyglądała w tej chwili twarz jej. Słowa, które usłyszała, były kroplą przepełniającą tę czarę jadowitych wpływów, z której piła od tak dawna. Kropla ta spadła w głąb jej piersi z siłą narkotyku wyprężającego nerwy, oślepiającego myśl, ogłuszającego sumienie. Możesz pracować! czyż człowiek, który wyrzekł te słowa, mógł choć w części wiedzieć, jakie znaczenie szyderskie, niemiłosierne posiadały one w stosunku do tej kobiety, która zmordowała śmiertelnie ducha, sterała siły ciała w nadaremnych próbach