Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/359

Ta strona została przepisana.


mem. Kobieta, która zaczynała już tracić szybkość biegu i w zniemożeniu zatrzymała się była na sekundę, usłyszała goniące ją złowrogie okrzyki.
Przyłączył się do nich zarazem coraz rozgłośniejszy tentent nóg ludzkich, biegnących po kamieniach chodnika. Straszne drżenie wstrząsnęło ją od stóp do głowy, popędziła dalej z taką szybkością, jakby skrzydła miała u ramion. Miała je znowu w istocie, tylko że teraz żadne z nich nie było boleścią, oba wyrosły z przestrachu.
Nagle uczuła, że biedz jej trudno nie dlatego aby sił jej nie stawało, wszak unosiły ją prawie nad ziemię skrzydła przestrachu, ale dlatego, że ludzie idący w przeciwnym kierunku zaczęli zachodzić jej drogę, wyciągać ręce, aby pochwycić jej suknię. Skrzydła jej stały się nietylko już szybkie, ale elastyczne, rzucały ją w rozmaite kierunki z zadziwiającą sprężystością i lekkością ruchów, unikała rąk przechodniów, ocierała się o nich, a jednak im umykała.
Tam jednak o kilka kroków nie pojedyncze już spotykają ją postacie, ale idzie kilku razem ludzi i całą szerokość chodnika zalega, wyminąć ich niepodobna, raz znalazłszy się przed nimi będzie przez nich schwytaną.
Zeskoczyła z chodnika; na środku ulicy