Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/361

Ta strona została przepisana.


purpurowe oko szybko sunęło naprzód, ciężkie koła turkotały głucho, kopyta końskie wydawały metaliczne odgłosy, uderzając o rozesłane na ziemi sztaby żelazne, po których toczyły się koła.
Był to olbrzymi omnibus kolei żelaznej, ciągniętej czterema wielkimi dzielnymi końmi, napełniony ludźmi, obciążony pudowemi brzemionami.
Kobieta biegła wciąż środkiem ulicy, za nią i przed nią biegły dwie masy czarne, jedna z krzykiem i pośmiewiskiem, druga z przeciągłym dzwonkiem, głuchym turkotem i purpurowem ogromnem okiem, sunęły one obie w prostym kierunku ku pędzącej pomiędzy nimi kobiecie. Jeżeli nie zeskoczy na bok, jedna lub druga pochłonąć ją musi. Zboczyła z prostej linii, którą biegła dotąd, stanęła i obejrzała się.
Teraz goniący ją tłum ludzi był już o kilkanaście zaledwie kroków od niej, takaż przestrzeń dzieliła ją od toczącego się wciąż olbrzymiego wozu. Ale tłum biegł wolniej od wozu, który toczył się bardzo szybko.
Nie biegła już dalej. Sił jej zabrakło czy postanowiła w jakikolwiek już sposób położyć koniec tej strasznej gonitwie. Stała piersią zwróconą w stronę, z której przybywał omnibus, ale twarz odwróciła w tę, z której nad-