Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/39

Ta strona została skorygowana.

Marta zatrzymała się chwilę przy drzwiach i ogarnęła wzrokiem twarz i postać postępującej na spotkanie jej kobiety. Oczy jej, które wczoraj napełniały się co chwila łzami, dziś suche i połyskliwe, nabrały wyrazu niepospolitej bystrości, przenikliwości niemal. Skupiły się w nich widocznie wszystkie władze myślenia młodej kobiety i usiłowały przez zewnętrzną przewłokę przedrzeć się w głębię istoty, której usta wydać miały sąd o przyszłej niedoli jej lub spokoju. Pierwszy to raz w swem życiu Marta przychodziła do kogoś za interesem; interes zaś ten był jednym z najważniejszych interesów ludzi biednych: potrzeba zarobku.
— Pani dobrodziejka do bióra informacyjnego zapewne? wymówiła gospodyni domu.
— Tak, pani — odrzekła przybywająca i dodała, jestem Marta Świcka.
— Chciej pani usiąść i zaczekać chwilę, aż ukończę rozmowę z temi paniami, które przybyły pierwej.
Marta usiadła na wskazanym sobie fotelu i teraz dopiero zwróciła uwagę na dwie inne znajdujące się w pokoju osoby.
Osoby te różniły się ze sobą niezmiernie wiekiem, ubiorem i powierzchownością. Jedna z nich była 20-letnia może panna, bardzo ładna, z uśmiechem na różowych ustach,