Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/45

Ta strona została skorygowana.


szklistą powłoką. Oparła trzęsącą się dłoń na poręczy krzesła i rzekła z cicha:
— Może potem... może kiedykolwiek potem... będzie jakie miejsce...
— Nie, pani, przyrzekać nie mogę, jednostajnie zawsze grzecznie i sztywnie odrzekła gospodyni domu.
Przez parę sekund zupełne milczenie panowało w pokoju. Nagle po zmarszczonych policzkach starej kobiety popłynęły dwa strumienie bujnych, obfitych łez. Nie wydała jednak żadnego głosu, nie wymówiła ani jednego słowa, skłoniła się gospodyni domu i szybko opuściła pokój. Wstydziła się może łez swych i pragnęła ukryć je co najprędzej, albo może do miejsca innego, lecz podobnego temu, jakie opuszczała, śpieszyła z nową nadzieją po nowy zawód...
Teraz Marta została sam na sam z kobietą, która rozstrzygać miała kwestyę spełnienia lub upadku najdroższych dla niej nadziei, najusilniejszych pragnień. Nie czuła się przelęknioną, tylko głęboko smutną.
Sceny, które od kilku chwil przesuwały się przed jej oczami, wywarły na umyśle jej silne wrażenie, tem silniejsze, że całkiem nowe. Nie była przyzwyczajoną do widoku ludzi, szukających zarobku, upędzających się za kęsem chleba, nie odgadywała, nie prze--