Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/48

Ta strona została skorygowana.


dla możności nauczania, to jednak pewną jestem, iż pani i gramatyka i pisownia i może nieco piśmiennictwo francuskie obcemi nie są.
— Co do muzyki... racz pani przebaczyć... ale muszę znać stopień artystycznego jej wykształcenia, ażeby znaleźć sposób odpowiedniego dlań zużytkowania.
Na blade policzki Marty wystąpiły rumieńce. Wychowała się w domu, nie zdawała nigdy egzaminów żadnych przed nikim, nie produkowała się nawet przed światem, bo w kilka miesięcy po ślubie zamknąwszy kupiony jej przez męża fortepian, otwierała go zaledwie parę razy, a i to wtedy zawsze, kiedy gry jej słuchały tylko cztery ściany ładnego jej saloniku i drobniutkie uszki Jańci, skaczącej na kolanach piastunki w takt muzyki matczynej. A jednak żądanie właścicielki informacyjnego bióra nie miało w sobie nic takiego, coby obrażać powinno, zasadzało się na tem prawidle prostem i powszechnie w świecie pracujących przyjętym, że aby powiedzieć coś o cenie i właściwościach przedmiotu, trzeba go naprzód obejrzeć, zważyć i tak dopasować, kędy on okaże się potrzebnym i stosownym. Rozumiała to Marta, podniosła się z fotelu i zdjąwszy rękawiczki, przystąpiła do fortepianu. Tu stała chwilę z oczami spuszczonemi na klawiaturę. Przypominała sobie panieński