Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/92

Ta strona została skorygowana.


Łudzić się długo Marta nie mogła, ale głusząc w sobie rozbiór wszelki całą siłą umysłu swego i woli, upierała się przy myśli: naucz się! tak jak rozbitek walczący z falami morza, całą siłą obu rąk swoich upiera się przy jedynej desce, której wsparcie wlewa mu do głowy myśl: utrzymam się na powierzchni!
Teraz jak wprzódy, w ciągu długich jesiennych nocy, na kształt szumiących wichrów huczały i nieskończoną gamą wzdymały się i opadały tajemnicze gwary wielkiego miasta, ale Marta już ich nie słuchała, słuchać lękała się, bo przejmowały ją tą nieokreśloną zgrozą , która ogarnia istotę ludzką, uczuwającą bezpomocne zapadanie w żywioł potężny, nieznany, przepaścisty.
Teraz o północnej godzinie chodziła po izbie oświetlonej bladawym płomykiem lampki, z jaskrawymi rumieńcami na policzkach, z opuszczonymi na plecy czarnymi warkoczami, rękami splecionemi z nerwową siłą, z ustami szepczącemi wciąż, szepczącemi wyrazy obce, zaczerpnięte z tej książki, która roztwarta pod promieniem lampy, jeżyła się jak kolcami rzędami tysięcznych końcówek, znaków, cyfr oznaczających prawidła, nawiasów, wyjątki. Książka ta, było owo dzieło Chapsala i Noëla, nauczające mnogich tajemnic subtelnej mowy Franków. Wyrazy powtarzane