Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/95

Ta strona została skorygowana.


grzeczność dobrze wychowywanego dziecka, ale z ruchliwych, pełnych życia jej oczów strzelał od czasu żatobliwy promyczek, na świeżych ustach przebiegł uśmieszek figlarny, szybko wprawdzie stłumiony, niemniej przecież zdradzający wewnętrzne zadowolenie, lub zdumienie uczennicy, podchwytującej smutną tajemnicę nieświadomości swej nauczycielki, mówiącej sobie w duchu: ależ ja więcej umiem od niej!
Nadszedł dzień, w którym Marya otrzymać miała od matki swej uczennicy zapłatę za całomiesięczną swą pracę. Marya Rudzińska siedziała w saloniku z robotą w ręku, którą jednak w zamyśleniu opuściła na kolano. Pogodne zwykle czoło szczęśliwej kobiety dnia tego zachmurzone było nieco, piękne oczy jej z wyrazem smutku tkwiły w zamkniętych i portyerą okrytych drzwiach gabinetu.
— Czy można wiedzieć, co drogą siostrę moją wprawiło dziś w tak ponure usposobienie? ozwał się przy oknie głos męski.
Marya zwróciła wzrok w stronę mówiącego.
— Jestem w istocie bardzo zmartwioną, Olesiu, i proszę cię, abyś miał wzgląd na to moje usposobienie i nie niecierpliwił mię żadnymi żartami...
— O! o! o! o! wymówił młody człowiek, składając gazetę, którą dotąd twarz sobie