Strona:Eliza Orzeszkowa - Mirtala.djvu/102

Ta strona została skorygowana.

nającéj się wojny świętéj, wywędrowało ztąd ku dalekiéj ojczyźnie i — nie wróciło. Jedni z nich, na polu walk krwawych, w pożodze, która pochłonęła świątynią, pod karcącym mieczem zwycięzców — zginęli; inni, rozsypani po świecie, wiedli żywot trudny, albo, jako wojenni jeńcy, żyli w ciężkiéj u zwycięzców niewoli. W dniach powszednich, w zwykłym torze codziennych zajęć, objaw ten, cechujący pojutrze nieszczęśliwéj wojny, mniéj uderzał w oczy i serca. Zato, w całéj żałobnéj grozie swéj zjawiał się on zawsze, ilekroć tak, jak dziś, gmina zgromadzała się w jednych ścianach i tysiącami razem oczu i serc spostrzegała nieobecność najdroższych sił i ukochań swoich. Smutne téż, zamyślone, ponure były długie szeregi twarzy ciemnych, gęsto obrosłych, ocienionych żółtemi lub brunatnemi zwojami turbanów; smutno i żałobnie czarne szlaki wiły się po białych szalach, opływających prawie aż do ziemi ciemne chitonety. W czasach niedawnych jeszcze, szale te tkano ze śnieżnéj tylko wełny; ale odkąd w płomieniach i dymie pożogi runęła Jerozolimska Świątynia, brzegi ich, u których wisiały nici i chwasty, przypominające o węźle przymierza z Panem, otaczać zaczęto czarnemi szlakami. Cóż dziwnego? Mędrcy składający Jabue, zgromadzenie, obradujące nad przyszłością Izraela, mniemać a przynajmniéj głosić zaczynali, że sam nawet anioł Metatron, patron i rzecznik Judei przed Panem, żałobnemi znakami obwiódł teraz srebrzyste swe skrzydła. Mniéj smutnie wyglądało zgromadzenie niewiast. Na tle marmurów, przyozdabiających ściany, jaśniało tam wiele twarzy młodych, świeżych, z których nawet uroczystość chwili spędzić nie mogła rumieńców i uśmiechów. Nad fałdzistemi płaszczami, spływającemi z ramion aż ku ziemi, kołysały się tam głowy niewiast dojrzałych, w kwiecistych turbanach, albo w barwnych siatkowych czepcach. Ta i owa, na głowę, plecy i czoło, zarzuciła białą zasłonę, tak, że z pod niéj widać było tylko wielkie wschodnie oczy, z ognistą źrenicą, i powściągliwie uśmiechające się, purpurowe usta. Tu i owdzie na białém czole połyskiwała złota opaska, z dużą perłą pośrodku, z uszu zwisały drogocenne kolce, po szyi wiły się i aż do haftowanego pasa spływały naszyjniki ze szkieł, do dyamentów podobnych. Tu i owdzie także, po twarzy zoranéj i bladéj, toczyła się łza, pod światłem lamp jak brylant błyszcząca, albo młode lecz smutne oczy patrzały w dal, z tęsknotą bez granic. W jednéj stronie pobrzękiwały dzwonki, czy metalowe blaszki sandałków, w innéj nad szepty szemrzące dokoła wzbijało się długie, łkające westchnienie.
Nagle szepty, westchnienia, stłumione wykrzyki powitań, ciche dzwonienie sandałów i naszyjników niewieścich — umilkły; w ciszę nieskazitelną zamienił się głuchy szmer, towarzyszący zawsze licznemu zgromadzeniu ludzi, a z samych choćby poruszeń ciał ich i oddechów piersi złożony. Zdawać-by się mogło, że każdy z członków zebrania tego znieruchomiał i każda pierś na chwilę powstrzymała oddech. Po wschodach, na mównicę prowadzących, wstępował człowiek wysoki i chudy — rzecz niewidziana tu nigdy — w rzym-