Strona:Eliza Orzeszkowa - Mirtala.djvu/116

Ta strona została skorygowana.

ność rozkwitu, przyoblekał je w przepych istotnie królewski. Siła i duma biły od jéj postaci; z rysów jéj i ubioru wiał Wschód. Kto wié, jaką myślą, czy jakiém uczuciem powodowana, w Rzymie i z Rzymianami żyjąc, nie opuszczała ona nigdy żydowskiego stroju. Zapewne, z przebiegłością kobiety, która czarować umié i pragnie, odgadła, że on-to najlepiéj wdziękom jéj przystawał; w nim przecież po raz piérwszy ujrzał ją Tytus.
Z silnych i cudownie utoczonych ramion, płaszcz, olśniewający wschodniém splątaniem wzorów i barw, spływał aż do skraju sukni, przewiązanéj bogatym pasem. Na śnieżnéj piersi, któréj nie osłaniała wzorzysta tkanina płaszcza, w kilku zakrętach wił się aż do pasa gruby łańcuch złoty, z uczepionym u ogniw rojem drobnych księżyców, gwiazd, wężów i gadzin. Ramiona jéj owijały złote węże, w których wnętrzu, jak wszyscy o tém wiedzieli, kryły się, w kształcie tajemniczych napisów, przyciągające szczęście, talizmany wschodnie. Z pod złotéj opaski, usianéj rosą drogich kamieni, olbrzymie warkocze, tak czarne i lśniące, że krucze włosy Rzymianek wobec nich pogasły, migocąc wplecionemi w nie złotemi gwiazdami i wężami, opadały na plecy jéj, pierś, ramiona, aż do skraju płaszcza, mieszając się i plącząc z dyamentowemi, długiemi aż do ramion, kolcami, z błyszczącemi splotami i fręzlami pasa, u którego zwieszały się, dyamentami sadzone a wonnościami napełnione, flakony, i pełne złotych monet, przezroczyste, misternie z pereł plecione, sakiewki.
Żadna z niewiast rzymskich nie nosiła takich płaszczów, pasów, łańcuchów i puszczonych na wolę warkoczy; żadna z nich, najbardziéj rozkochana w zbytku, nie okrywała się takiém mnóztwem barw, wzorów, drogich kamieni i metali. Żadna téż, najzalotniejsza, nie miała w twarzy tego wyrazu pół-sennéj, rozmarzonéj, kornéj namiętności, który przemawiał, wabił, pieścił, ze śniadego czoła, uczernionych powiek, długiéj, falistéj rzęsy i pół-otwartych, zmysłowych oczu Bereniki. W przepychach blasków i barw rozkochany, półsenny, lubieżny Wschód Daryuszów, Sardanapalów i Salomonów, zdawał się spływać w łono rzymskiego plemienia pod postacią kobiety téj, na któréj widok, przez chwilę, Amfiteatr zalegała cisza grobowa, aż w górze, na piętrach najwyższych, wybuchnęły grzmoty oklasków i krzyków. W górze, na piętrach najwyższych, zmysły czarująca piękność jéj i przepych jéj stroju dokonały dla niéj podboju zmysłowéj i bogactwo wielbiącéj tłuszczy.
— Witaj, Bereniko! Zdrowia i szczęścia Berenice! Sophos! (brawo) sophos! sophos!
Tak huczał w górze lud różnoplemienny, wrażeń chciwy, synowi Cezara przypodobać się żądny; dłonie tam klaskały, głowy falowały, ramiona miotały się, powiewając w powietrzu różnobarwnemi chustkami. Ławki środkowo, napełnione rycerstwem, z rzadka tylko wtórowały temu zapałowi tłumów; na dole, w trybunach i lożach patrycyuszów, męzkie i niewieście postacie pogrążyły się w nieruchome milczenie. Zaledwie tu i owdzie dworak jakiś