Strona:Eliza Orzeszkowa - Mirtala.djvu/50

Ta strona została skorygowana.

— Pójdź! — zawołał raz na nią mały Helwidyusz, — pokażę ci, jak trzeba toczyć trochus po ścieżkach ogrodu i rzucać onyxowe kule po planach pochyłych!
Brała odtąd udział w zabawach tych, którym przez dni tyle, w awentyńskim portyku, przypatrywała się z dala z zazdrością i zachwyceniem. Na wyścigi z gibkim, swawolnym chłopcem biegła za mosiężném kołem, z przeraźliwém brzęczeniem dzwonków toczącém się po żwirem wysypanych ścieżkach, lub pośród trawnika, z podniesioną twarzą, wyciągała dłonie po spuszczający się ku ziemi złoty półksiężyc. Świeże, wonne powietrze ogrodu, tak niepodobne do tego, jakiém na Transtiberim oddychała, rozszerzało szczupłą jéj pierś i białość twarzy zapalało płomieniem rumieńca. Usta jéj śmiały się, oczy błyszczały szczęściem; wydawała się dzieckiem, potrzebującém szerokiego oddechu swobody i radości, ptakiem, wypuszczonym z klatki i którego skrzydła drżały do lotu. Helwidyusz i Fania, stojąc wśród żółtych kolumn perystylu, które w łunie słonecznéj i na tle zieleni paliły się, jak ogniste słupy, z uśmiechem patrzali na głośną zabawę jedynaka z tą obcą, lecz wdzięczną dzieweczką. Oczyma malarza patrzał téż na nią Artemidor, i wkrótce potém, trzymając w dłoni swéj rękę Mirtali, oprowadzał ją po domu Pretora, ukazując i tłómacząc znajdujące się w nim dzieła sztuki. W triclinium, czyli w sali jadalnéj, stawali przed okrywającym ścianę wielkim obrazem, pośród którego, na tle świeżego jak wiosna krajobrazu, nad brzegiem wody, w zieleni gaju, z rozwianym płowym włosem, igrała z towarzyszkami swemi wdzięczna i poetyczna Nauzika. Artemidor słowami Homera powtarzał dzieje królewskiéj téj córki, a Mirtala z rozżarzonym wzrokiem słuchała dźwięków epopei greckiéj, melancholijnie i słodko brzmiącéj w ponsowych ustach malarza.
— Tyś do niéj podobna, — mówił. — Czy wiész, kto obraz ten malował? Kobieta. Jaja z Kryzykosu, sławna malarka, którą w czasach Augusta czcił jak bóztwo cały świat grecki i rzymski. Ty także mogła-byś kiedyś tworzyć arcydzieła takie. — Rysy haftarki okrywały się wyrazem dojmującego żalu.
— Nigdy! — odrzekła, — religia ojców moich wzbrania pęzlem, czy dłutem, naśladować postacie ludzkie!
— Jakto! więc w domach swoich nie macie posągów?
Przecząco wstrząsnęła głową.
— Ani obrazów?
— Nie!
— I wzbrania wam tego religia wasza? Cóż za barbarzyństwo! Jaki bezmyślny i gruby zabobon!
Śmiał się. Grek z pochodzenia, urodzony i wychowany w Rzymie, którego ulice i place zdobiło trzydzieści tysięcy dzieł rzeźbiarskiéj sztuki, wykonanych z marmuru, bronzu, złota i kości słoniowéj, którego świątynie, teatra, domy, roiły się fantastyczną ludnością tą, przez pracę wielu stuleci i ge-