Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/178

Ta strona została przepisana.

mają prawa, w imię prawa więzić współobywateli. Protestuję! Proszę o zapisanie mego protestu do protokołu.
— Wyjaśnisz to pan wszystko za chwilę sędziemu pokoju, który będzie prowadził śledztwo. Ja się nie zajmuję polityką. Nie opieraj się pan, jeśli nie chcesz pogorszyć swego położenia jeszcze bardziej. Spokojnie, cicho zaprowadzimy pana do Prades. Zaraz pana przesłuchają, a jeśli pan jesteś niewinny, wypuszczą pana niezwłocznie na wolność. Jutro, dziś jeszcze wieczór może, wróci pan do Katlaru.
— O gdybym miała tę nadzieję! — łkała pani Sabardeilh.
— Ufaj w dobrą sprawę! — rzekł Sabardeilh, obawiając się by nie wpadła znowu w pasyę.
— A więc w drogę! — rozkazał brygadyer.
— Darujesz mi pan pewnie małą chwilę, bym mógł pożegnać się z uczniami.
— Dobrze, ale spiesz się pan.
Sabardeilh, wstąpił napowrót na katedrę.
— Opuszczam was moje dzieci — rzekł — nowy nauczyciel mnie zastąpi w tej szkole, gdzie uczyłem przeszło dwadzieścia lat...
Bijatyka w ostatnich ławkach klasy o gałkę z bibuły przerwała przemowę nauczyciela. Rozległy się szepty, tłumione śmiechy... za chwilę nastało znowu milczenie.
— Nie poniżę się do żalenia się przed wami