Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/190

Ta strona została przepisana.

mer podniósł do godności zakrystyana. O Jojotte, o panie Sabardeilh, gdzieście wy, gdzie!
Czasem widział w okolicach Jeantine starego Bernadacha, orzącego, lub Aulari, krzątającą się z trudem około gospodarstwa. Biedna Aulari! Wydawało się Jepowi, że chód jej stał się ociężały, że cierpienie ją przygniotło do ziemi. W znosiła czasem głowę i spoglądała ku górze, jak gdyby spodziewała się, że oczom jej ukaże się wśród skał droga jakaś, oczekiwana osoba. I wtedy Jep miał ochotę krzyczeć:
»Matko!«
Ale najczęściej pilnie śledził kuźnię i przyległe do niej domy i ulice. Cóż słychać było, co się działo u Malhiberna? Bał się najprzód, dręczył się tem, długoby dragon nie wziął innego czeladnika. Ale upewnił się co do tego i to niestety dość prędko. Nieszczęścia tego czasu zaciążyły nad kuźnią. Polityka przerzedziła klientelę, stary wystarczał w zupełności dla dokonania obstalunków. Warsztat ledwie szedł. Najczęściej tylko fajka starego kowala dymiła, komin był bezczynny. Miejsce Jepa w kuźni nie zostało zajęte, czy miejsce w sercu Bepy także, to było mniej pewne. Cóż za straszne przejście dla zakochanego, gdy Bepa pojawiała się w progu, tak bliska, a jednak tak daleka! Wiódł za nią oczyma, śledził ruchy, kroki. Gdy zatrzymała się chwilę, by porozmawiać z sąsiadem, lub jednym z chłopców wiejskich, Janem Cadénem, lub którymś innym,