Strona:Emil Zola - Germinal.djvu/303

Ta strona została przepisana.

pomocnik jeden wybił sobie dziurę w głowie, uderzywszy o ostrą skałę.
Katarzyna wspinała się dalej. Wydostano się ponad poziom wody, deszcz ustał, ale powietrze napełnił piwniczny zaduch starego żelaziwa i gnijącego drzewa. Mechanicznie liczyła drabiny: ośmdziesiąt jeden, ośmdziesiąt dwa... ośmdziesiąt trzy... jeszcze dziewiętnaście. To liczenie utrzymywało ją jeno jeszcze w przytomności i automatycznym ruchu. Szła jak we śnie. Gdy podniosła głowę, lampy tańczyły jej w oczach. Zdawało jej się, że musi umrzeć. Jeszcze chwila, a spadnie. Całą kolumnę ogarnęła teraz gorączka... pchano się gwałtownie, by raz skończyć z tą piekielną wędrówką i znużeniem, by raz wydobyć się na słońce. Idący na czele wyszli już zapewne. Więc drabin nie zniszczono. Ale opętała teraz górników myśl, że może jeszcze zniszczą je napastnicy, by powstrzymać idących na ostatku. I gdy zatrzymano się na nowo rozległy się klątwy, a silniejsi poczęli spychać słabszych i deptać po nich. Zakotłowało, ktoś trącił Katarzynę, a dziewczyna puściła drabinę, krrzyknęła na Chavala i spadła. Chaval nie słyszał, sam walczył z innym kopał go i spychał, by wyjść prędzej. Stoczyła się na dół, deptano po niej, a jej śniło się, że jest małą dziewczynką z owych dawnych czasów, że kawałek węgla strącił ją w przepaść, że spada jak wróbel trafiony kamieniem. Wędrówka trwała już godzinę, a jeszcze należało przebyć pięć drabin. Jak je przebyła dziewczyna, nie wiedziała. Pewnie zatrzymała się na stopniu, a ramiona idących wydźwignęły je do góry... dość, że znalazła się nagle w pełnem oślepiającem świetle słonecznem pośród tłumu urągającego i wytrzęsającego pięściami.

III.

Od wczesnego ranku wrzało we wszystkich koloniach robotniczych. Drogi pełne też były wzburzonych ludzi. Ale z postanowioną wycieczką do Jean Barta nie spieszono się, gdyż rozeszła się wieść, że żandarmi