Strona:Emil Zola - Germinal.djvu/361

Ta strona została przepisana.

nową klęskę. Jeanlin biegł za nim i klął na to bydlę kaprala, który zdaleka dawał żołnierzowi znaki, by strzelał do nich obu.
Julian stał na grzbiecie nasypu nieruchomy, wpatrzony w zawieję śnieżną. Zbliżył się sierżant, zamieniono regulaminowe wyrazy.
— Kto idzie? Stój! Parol!
Kroki zwolna oddaliły się. Zupełnie jak w kraju zdobytym. Mimo, że dzień się zrobił jasny, kolonie były ciche, górnicy drzemali, zgrzytając jeno przez sen zębami, gdy ich doszedł odgłos kroków żołnierskich.

II.

Śnieg, sypiący od dwu dni padać przestał, mróz ścisnął mocny. Czarne drogi pola, domy, drzewa były teraz białe. Wszystko, aż do skraju horyzontu pokryła śnieżna płachta. Kolonia spała pod nią, z kominów nie wynosiło się ni jedno pasmo dymu. Nie było węgla, domy zimne były jak kamienie przydrożne, a śnieg na dachach nie tajał. Wyglądały jak kwadry białego kamienia ciche, zamarłe i tylko po drogach tętniły kroki żołnierzy.
Maheuowie spalili dnia poprzedniego ostatnią garść węgli uzbieranych na wale, nie można było i myśleć o świeżych z powodu śniegu i mrozu. Ni wróbel ziarnka byłby nie znalazł w takich warunkach. Mimoto Alzira chciała iść wygrzebywać węgiel. Ale słaba była więc matka otuliła ją w podartą kołdrę i czekała właśnie na doktora Vanderhaghena. Była u niego dwa razy. Nie zastała, dowiedziała się natomiast od służącej doktora, że przyjdzie wieczór do kolonii. Chora uparła się zejść na dół do wielkiej izby jakby lepiej jej tu było przy wystygłym piecu. Drżała siedząc na stołku naprzeciwko dziadka Bonnemorta. Gorzej mu znowu było na nogi. Zdawało się, że śpi. Henrysia ni Leonory nie było, Jeanlin ich wyciągnął z domu i pewnie gdzieś żebrali po drogach. Po zimnej izbie chodził milczący Maheu, spoglądając wzrokiem zwierzęcia ogłupiałego z głodu, nie widzącego już swej