Strona:F. A. Ossendowski - Kruszenie kamienia.djvu/229

Ta strona została przepisana.

— A jakże! — odpowiedział komisarz. — Rozpruta kasa w kantorze Ludwika Pfeifera z Berna? O ile śledziłem przebieg tej sprawy, — nieudolna policja francuska nie wykryła złoczyńców?
— Tak jest! Lecz ja ich wykryłem! Co prawda nie całą bandę, tylko jej herszta, — spokojnie ssąc cygaro, mówił Bunge, — herszta, imieniem Mouche, znanego pod przezwiskiem „Jednooki Paweł“. Podróżowałem za nim z Neufchatel do Zurychu, z Zurychu — do Frankfurtu nad Menem, do Berlina i nakoniec do Lubeki. Tu mi się wymknął, ale mnie nie łatwo nabić w butelkę, panie komisarzu! Zdybałem go!
Umilkł.
— Jakżeż to było? — już z zaciekawieniem spytał policjant.
Bunge wypuścił kilka kółek dymu; patrząc na sufit rozmarzonym wzrokiem, dokończył opowiadania:
— Przejrzałem jego zamiary — oto i wszystko! Nie szukałem go na odpływających okrętach, lecz powróciłem nad granicę szwajcarską i tu czekałem. Przyłapałem go i oddałem w ręce władz. Gdzieś tu mam, z pewnością, wycinek jakiejś gazety francuskiej ze wzmianką o tem.
Wyjął pugilares, przeglądał różne papiery, aż nareszcie znalazł, czego szukał. Przejrzał uważnie wyciętą kolumnę dziennika i podał komisarzowi, mrucząc:
— To z jakiegoś „Hałasu Ulicy“. Piękna, niema co, nazwa dla dziennika! Tylko Francuzi są zdolni do czegoś podobnego!
Pogardliwie wzruszył ramionami i wywołał na twarzy uśmiech szyderczy.