Strona:F. A. Ossendowski - Kruszenie kamienia.djvu/289

Ta strona została przepisana.

Konny policjant najechał ją koniem, wyparł na chodnik i porwał za ramię obojętny na wrzask i płacz dzieci. Oddział przeszedł dalej. Huczały bębny, stopy miarowo uderzały w asfalt.
Nikt już teraz nie zaintonował dumnej pieśni. Ludzie szli z opuszczonemi głowami i oczami, wbitemi w ziemię. Żołnierze trzymali karabiny w pogotowiu. Galopujący z obu stron policjanci nie wkładali szabel do pochew. Dziennikarze spojrzeli na siebie w milczeniu. Wszystko, co zaszło, było takie zrozumiałe i jasne. Poszli dalej. Minęli olbrzymie gmachy fabryk i składów towarowych, nieskończony szereg kamienic nudnych, jednostajnych, mieszczących w swoich brudnych i nędznych wnętrzach tysiące biedoty miejskiej, mrowie ponurych „towarzyszy“, którzy oddawna zapomnieli o uśmiechu radości, żywiąc się nienawiścią i lękiem o każdą godzinę swego życia. Dziennikarze szli w milczeniu. Jednakowe wrażenia i myśli gnębiły ich. Stanęli przed olbrzymim blokiem z cegły i cementu. Wznosił się ponad wysokim murem, wyrastając ponad nim monotonną, pozbawioną ozdób ścianą o małych okienkach, tonących w głębokich szczelinach framug i zaciągniętych pajęczyną grubych krat. Zdawało się, że były to oczy jakiegoś złośliwego owada, źrenice patrzące z nieznanej głębiny, z mroku, ponurą tajemnicą okrywającego ich wyraz i straszne znaczenie.
— Więzienie? — zapytał Nesser, spojrzawszy na Erikssona.
— Nie wiem! — odparł Szwed. — Zdaje mi się jednak, że to istotnie więzienie.
W tej chwili z poza rogu ulicy wyjechał patrol, otaczający gromadę ludzi. Nesser poznał w tłumie