Strona:F. A. Ossendowski - Lenin.djvu/218

Ta strona została uwierzytelniona.
184
F. ANTONI OSSENDOWSKI


ruchów i straszliwą siłę zbiorową, pozbawioną namiętności.
— Czy są szczęśliwi ci ludzie? — błysnęła nagła myśl.
— Są spokojni — dobiegła odpowiedź.
Lenin patrzył wciąż, wbijając czarne oczy w daleki, mglisty horyzont.
Na placach miasteczek i osad — tam, gdzie niegdyś stały przybytki Boże, wznosiły się teatry, muzea i szkoły.
Nie dochodził uszu Lenina, chociaż nadsłuchiwał z natężeniem, ani brzęk kajdan, ani jękliwe, rabie zawodzenia:
— O—ej! O—ej!
Prawie drżąc z obawy, że ujrzy straszne widowisko, szukał wszędzie bezmyślnej twarzy leżącej w trumnie Naśćki z zaostrzonym nosem i nieprzymkniętem okiem, po którem biegała mucha czarna.
Nie słyszał zaklęć starej znachorki Anny, bijącej ciężarną dziewczynę deską po brzuchu.
Nie mógł znaleźć wściekłego ze znużenia olbrzyma-burłaka, z owrzodzoną piersią, ani pastuszki-niemowy, obciągającej na sobie jubkę i drapiącej się pod pachami...
Wszystko minęło, co trapiło i nienawiścią przepełniało duszę jego.
Nad bezkresną płaszczyzną niby szmer lekkiego łagodnego wiatru niosły się słowa kojące:
— Równość... szczęście...
Oprzytomniał nagle, bo przechodząca grupa turystów rozmawiała głośno. Lenin podchwycił urwane zdanie:
— Socjaliści okazali się dobrymi patrjotami...
Zjawa prysnęła. Surowa prawda zajrzała szyderczo w oczy skośne, czarne i ostre.
Zerwał się i biegł prawie ku kolejce, aby prędzej dostać się do miasta i pisać, rzucać w świat gorące, zrozumiałe słowa zemsty, proste, a zuchwałe nawoływania do walki o to, co zagrabili, przywłaszczyli sobie możni, bogaci, potężni, depcąc obojętnie po znękanych ciałach miljonów, setek miljonów pracujących w pocie czoła, bez wytchnienia, bez nadziei.
— Ja wam niosę wyzwolenie! — szeptał gorąco. — Pójdźcie za mną, a słowo nadziei ciałem się stanie!