Strona:F. A. Ossendowski - Lenin.djvu/234

Ta strona została uwierzytelniona.
198
F. ANTONI OSSENDOWSKI


— Jak śmiesz tak mówić do mnie, zdrajco! — zawołał oburzony oficer i, skinąwszy na kozaków, rozkazał: — Aresztować tego człowieka! Odstawić do sądu!
Kozacy otoczyli Lenina.
Włodzimierz obejrzał się i skrzywił usta.
Spostrzegł włóczących się po ulicy żołnierzy.
Byli to ci, którzy przed dwoma miesiącami mordowali swoich oficerów.
Pijani, w rozpiętych płaszczach, rozchełstanych bluzach i w czapkach, zsuniętych na tył głowy, śpiewali, klęli i gryźli ziarna słonecznikowe, przezwane „orzechami rewolucji“.
Niewielka grupa żołnierzy stała, przyglądając się zajściu.
Lenin nagle podniósł rękę i krzyknął:
— Towarzysze! Ten burżuj-pułkownik, ten żłopacz krwi żołnierskiej, siedział w sztabie bezpiecznie, a nas gnał na śmierć! Teraz aresztował mnie za to, że nie chciałem mu powiedzieć, gdzie się ukrywa nasz Iljicz, nasz Lenin!
W jednej chwili tłumy żołnierzy sypnęły się ze wszystkich stron. Wylękli kozacy uciekli. Pułkownik, widząc to, chciał wyciągnąć rewolwer z pochwy. Nie zdążył. Jeden z nadbiegających żołnierzy uderzył go kamieniem w głowę. Upadł, a w tej samej chwili zaczęły się nad nim podnosić pięści i ciężkie buty żołdactwa, ryczącego wściekle i miotającego bluźniercze przekleństwa.
Lenin zdaleka obejrzał się.
Na bruku leżały jakieś skrwawione szmaty.
Uśmiechnął się łagodnie i rzekł na głos:
— Rodzona matka nie poznałaby teraz czcigodnego pułkownika! Tak go urządzili żołnierze wielkiej rewolucji rosyjskiej! Hm... hm...
Zapomniał o nim po chwili.
Myślał teraz, że trzeba wysłać listy do Piotrogrodu, z napomnieniem surowem, aby towarzysze nie bawili się w narady, posiedzenia, kongresy i różne inne gadania.
— Rewolucja żąda tylko jednego — zbroić się, zbroić! — szeptał, szybko idąc ku domowi.
Gdzieś na bocznej ulicy rozległ się strzał i wściekłe krzyki tłumu. Zajrzał, ostrożnie wychylając głowę z poza rogu domu.