Strona:F. A. Ossendowski - Lenin.djvu/236

Ta strona została uwierzytelniona.






ROZDZIAŁ XVII.

Ciemna noc listopadowa wisiała nad Piotrogrodem. W łożyskach ulic warstwił się mrok, ciężki, mroźny. Rzadkie latarnie, pozostałe po krwawych dniach lipcowych i nie ustających walkach, oświetlały słabo wyboistą jezdnię Newskiego Prospektu, mętne, ciemne okna domów i wystawy sklepowe, zabite deskami.
Prószył śnieg.
Tu i ówdzie z wnęk bram wyglądały blade twarze żołnierzy i czarne czapki policjantów. Głucho szczękały opierane o chodniki kolby karabinów. Błyskały ostrza bagnetów.
Ulica była pusta. Cisza czaiła się wszędzie, groźna, pełna naprężonej, czujnej trwogi.
Nagle od wybrzeża kanału Mojki rozległ się łoskot otwieranej bramy i drugi — głośniejszy zatrzaskiwanej, ciężkiej furty.
Szybkie kroki idącego człowieka odezwały się trwożnem echem, odbijającem się od domów opustoszałej ulicy.
Przechodzień, nasunąwszy czapkę z daszkiem na oczy i podniósłszy kołnierz, wyszedł na Newski Prospekt i skręcił ulicą Morską ku łukowi, prowadzącemu na plac Zimowy.
Pod olbrzymią arką kroki rozlegały się jeszcze donośniej, huczały niby warkot bębna.
Idący już widział przed sobą ciemne kontury pałacu Zimowego i wysmukłą sylwetkę kolumny aleksandrowskiej; zamierzał przeciąć plac, kierując się ku wyspie Bazylijskiej, gdy od strony białego gmachu Admiralicji gruchnęło kilka strzałów.
Kule z lekkiem klaskaniem uderzyły w mur i odłupały tynk, z szelestem spadający na przysypany śniegiem chodnik.
Przechodzień potknął się i runął na jezdnię.
— Cha! Cha! — zasyczał z poza grubych bloków granitowej podstawy łuku śmiech. — Szczekacz Kierenskij boi się