Strona:F. A. Ossendowski - Lenin.djvu/319

Ta strona została uwierzytelniona.
277
LENIN


Pani Bołdyrewa długo nadsłuchiwała, poczem rzekła:
— Może coś złego przydarzyło się tej kobiecie? Zajrzę do niej...
Weszła i po chwili powróciła, blada i wzruszona.
— Grzegorzu! — zawołała, zwracając się do młodszego syna. — Biegnij natychmiast po doktora Lebediewa i proś, żeby wnet przyszedł. Jakaś robotnica ma poród! Śpiesz się!
Znajomy lekarz przybył natychmiast, zbadał chorą i oznajmił:
— Nie mamy ani chwili do stracenia! Jednak w lokalu położnicy panuje taki straszny nieporządek i brudy, że grozi jej zakażenie i śmierć. Nie wiem, co robić?
Pani Bołdyrewa spojrzała na męża i synów.
— Moi drodzy, — rzekła, — wyjdźcie na miasto, a my tymczasem przeniesiemy chorą do mego pokoju. Nie można biedaczki zostawić bez pomocy!
Mężczyźni wyszli, lecz gdy powrócili, spotkała ich zapłakana pani Bołdyrewa.
— Wiecie, jaką nikczemność uczyniła kobieta, którą niemal od pewnej śmierci uratowaliśmy? Po skończonym porodzie bezczelnie oznajmiła, że nie ruszy się już z mego pokoju. Natychmiast też wprowadziła się cała rodzina: jej matka, mąż, czworo dzieci...
Rozmowę tę posłyszano w sąsiednim pokoju, bo rozległ się ostry, złośliwy głos kobiety:
— Burżuje przeklęte! Mieszkają w czystości i bogactwie i myślą, że my jesteśmy gorsi od nich! Dość tego! Napili się naszej krwi, teraz my — górą!
Wyplunęła jakieś zgniłe wyzwiska i umilkła.
— Niema rady! — zawyrokował Bołdyrew. — Trzeba uciekać...
— Dokąd? — spytała żona.
— Na wieś, do brata Sergjusza. Dawno zapraszał nas. Na wsi, może, spokojniej będzie — odpowiedział szeptem.
— To dobra myśl! — podtrzymali go synowie.
Kilka dni upłynęło, zanim udało się Bołdyrewym otrzymać pozwolenie na wyjazd ze stolicy. W wolnej republice proletarjackiej całą ludność, oprócz należących do partji bolsze-