Strona:F. A. Ossendowski - Lenin.djvu/33

Ta strona została uwierzytelniona.
5
LENIN


— Łagodna, ojcowska kara! — śpiewnym głosem wtórował mu ojciec Makary, pieszcząc obydwiema rękami krzyż. — Lud nasz — to dzieci, więc, jak dzieci, należy go karać...
— Hm... lepsze to, niż sąd, więzienie, Sybir... — dodał inspektor, patrząc na Uljanowa.
Marja Aleksandrówna surowo spojrzała na męża i zacisnęła ręce.
Zmieszany obejrzał się bezradnie i, chrząknąwszy, zwrócił się do córki.
— Sasza! — rzekł. — Popędź-no kucharkę. Drodzy goście, z pewnością, głodni są.
Marja Aleksandrówna, skinąwszy na dzieci, wyszła z saloniku.
Panowie gawędzili dalej, opowiadając sobie różne plotki miejskie i nowiny urzędnicze. Wreszcie gospodarz zaproponował zagrać w karty i w szachy.
Bogatow, ojciec Makary i inspektor zaczęli grać w sztosa, Uljanow z doktorem ścierali się zawzięcie, posuwając figury szachów.
Na zaproszenie Marji Aleksandrówny wszyscy przeszli do jadalnego pokoju. Goście obficie popijali, wlewając do gardła ogromne kieliszki wódki i na przegryzkę racząc się śledziem, kiszonemi ogórkami i marynowanemi grzybami.
— Ależ umiecie pić, ojcze Makary! — śmiał się inspektor, z zachwytem patrząc na proboszcza, nalewającego sobie sporą szklankę wódki.
— Z Bożą pomocą, mogę jeszcze — śmiał się tenorkiem ojciec Makary. — Niewielka to sztuka! Aby tylko gospodarze zaprosili do stołu, dali wódki, a gardziel zawsze przynoszę ze sobą... na wszelki wypadek!
— Że też, wasza wielebność, nie przeszedł dotąd na bas, a trwasz przy tenorze? — dziwił się doktór.
— Eh! — machnął ręką proboszcz. — Przecież nie jestem diakonem...
— Jakaż różnica? — spytał Uljanow, trochę już podpity.
— Bardzo prosta! — zaśmiał się pop. — Diakon, kiedy wypije, chrząka i ryczy: a-a-a! Ja zaś, po wypiciu piszczę na najwyższą nutę: i-i!