Strona:F. A. Ossendowski - Lenin.djvu/330

Ta strona została uwierzytelniona.
288
F. ANTONI OSSENDOWSKI


Wreszcie, spostrzegłszy pierwsze szare błyski świtu, usiadł i, ściskając w głowę w zimnych dłoniach, syczał:
— Ja z tej dziczy ciemnej, okrutnej, pogańskiej w swojem chrześcijaństwie sekciarskiem, rozpustnej, tchórzliwej i niewolniczej wycisnę wszystko, chociażby miała ona całą krew swoją wysączyć! Wnuki ich pamiętać mnie będą!
Klasnął w dłonie.
Na progu wyrosła sylwetka żołnierza-Łotysza.
Bezbarwna twarz, zimne, prawie białe oczy, szare włosy, wymykające się z pod daszka czapki, pozostawały nieruchome, jak cała silna, zwinna postać szyldwacha.
Dzierżyński spytał nagle:
— Nienawidzicie, towarzyszu, Rosjan, tych robotników gardłujących, tych chłopów ciemnych, jak noc, tych inteligentów, którzy uciskali wszystkie podbite narody: Polaków, Łotyszów, Finnów, Tatarów, Ukraińców, Żydów?...
Żołnierz spojrzał surowo i badawczo.
— To — psy wściekłe! — warknął.
— Psy wściekłe!... — powtórzył Dzierżyński. — Nie można oszczędzać wściekłych, nie należy żywić dla nich litości...
Żołnierz milczał, sztywny, czujny.
Dzierżyński rzucił na papier kilka słów i rzekł:
— Poślijcie, towarzyszu, ten list do Malinowskiego i powiedźcie Petersowi, aby przyszedł do mnie!
Upadł na sofę, wyczerpany tym wysiłkiem i widokiem żywego człowieka, syczał z bólu i zaciskał zęby, aby nie zawyć, nie jęknąć.
Za drzwiami szczęknęły karabiny. Zmieniali się Łotysze na czatach.
W tym czasie w Rozinie dopaliły się ostatnie belki i deski.
Na stratowanym, okopconym śniegu pozostały czarne, ponure zgliszcza i sterczące szkielety kominów popękanych. Unosiły się smugi dymu i kłęby pary.
We wsi chłopi dzielili bydło, kłócili się i obrzucali wstrętnemi wyzwiskami. Skończyli wreszcie i rozproszyli się po chatach, patrząc w niebo dziękczynnym wzrokiem i szepcąc w pobożnem rozrzewnieniu: