Strona:F. A. Ossendowski - Lenin.djvu/374

Ta strona została uwierzytelniona.
326
F. ANTONI OSSENDOWSKI


żarowy, żeby zagłuszyć strzały kulomiotów, krzyki zabijanych, jęki...
Nic więcej nie mówiąc, Lenin skierował się ku bramie domu i zadzwonił.
Zachrypnięty głos zapytał po chwili:
— Kogo czarci niosą o tej porze! Odchodź od bramy, bo strzelę...
— Prezes Rady komisarzy ludowych do towarzysza Dzierżyńskiego — odpowiedział Lenin.
Posłyszał tupot nóg uciekającego szyldwacha i przeraźliwy gwizdek.
Minęło kilka minut nim otwarto furtkę. Jakiś człowiek, mały, krępy, o twarzy pooranej ospą, wyjrzał ostrożnie, podejrzliwie i w milczeniu przepuścił Lenina.
Zamknąwszy za nim furtkę, szedł ztyłu i mruczał:
— Musimy być czujni... Już kilka razy wchodzili do nas ludzie uzbrojeni, zamierzając zabić towarzyszy Dzierżyńskiego i Petersa... Polacy i Łotysze źli są na nich... Nie wyszli już stąd, lecz są też inni, którzy zaprzysięgli zemstę. Wczoraj w ogrodzie uniwersyteckim znaleziono towarzysza Bagisa, powieszonego przez niewykrytych złoczyńców...
Mrucząc, prowadził Lenina przez podwórze.
Przy żółtych płomykach latarni naftowych, słabo oświetlających dziedziniec, wznosił się wysoki, ślepy mur, znikający u góry we mgle zamieci, potrzaskany i poszczerbiony. Na pozostałym tynku widniały krwawe nasiąki i sople. Pod murem leżały nieruchome, nagie ciała, pokurczone, skulone, rzucone, jak zwał szmat. Nad niemi unosiła się lekka zadymka pary. Na uboczu stał duży ciężarowy samochód, pomalowany na czarno.
Lenin przystanął i obejrzał się za skradającym się ztyłu człowiekiem.
Odźwierny zrozumiał nieme pytanie skośnych oczu i znowu mruczeć zaczął:
— Tu tracimy skazańców. Kulomiot umieściliśmy w okienku suteryny. Nastawiony jest tak, że przechodzący przed nim ginie odrazu...
Zaśmiał się ponuro i dodał:
— Produkcja masowa... inaczej nie można!