Strona:F. A. Ossendowski - Lenin.djvu/451

Ta strona została uwierzytelniona.
397
LENIN


zollernów do abdykacji, a armję niemiecką — do cofnięcia się poza Ren i do zawieszenia broni; nie przeczuwał, że już rozprysło się na części dumne imperjum Habsburgów i, że we wszystkich krajach wśród chaosu wypadków, sporów i zawieruchy rewolucyjnej podnosił głowę głoszony z Kremlu komunizm. Już przemawiał śmiało ustami Liebknechta i Róży Luksemburg w Berlinie; już nawoływali do dyktatury proletarjatu Leon Jogiches — Tyszka — w Monachjum, Bela Kuhn — w Budapeszcie, Majsza i Miller w Pradze, lecz głosów ich nie słyszał twórca i prorok komunizmu wojującego. Borykał się ze śmiercią.
W rzadkie chwile przytomności, bał się pozostać sam, a w nocy, widząc, że pielęgniarkę zmorzył sen, budził ją i błagalnie patrzał na nią, mówiąc tylko oczami, pełnemi gorących, niespokojnych błysków:
— Boję się... nie śpijcie, towarzyszko!
Wracając znagła do świadomości, a nie mogąc wydać głosu i nawet poruszyć ręką, drżał i z lękiem bezmiernym oczekiwał dręczących go zjaw.
Przychodziły do niego i stawały z obydwóch stron łoża.
Inne widma, wyzierające zewsząd, trzęsąc się od złośliwego śmiechu, mknęły chyłkiem, znikając bez śladu w otchłani pustki bez kresu, zaczynającej się tuż przed źrenicami jego i uchodzącej w dal kosmosu.
Były to straszne zwidy, najstraszniejsze i najokrutniejsze.
Brat Aleksander, czerwono-siny, z wywalonym językiem obrzękłym i czarnym, ze stryczkiem, zaciskającym mu szyję, majaczył przed nim, jakgdyby kołysząc się na sznurze szubienicy i rzucał słowa niewyraźne, ciężkie i niemiłosierne. Rzęził, z wysiłkiem ruszając opuchniętemi wargami i długim, sztywnym językiem:
— Ginęliśmy na szubienicach... w lochach Schlüsselburga, w kopalniach Sybiru... Pestel, Kachowskij, Rylejew, Bestużew... Żelabow... Chałturin... Perowskaja... Kibalczycz... ja — brat twój... i setki... tysiące męczenników — umieraliśmy z radosną, dumną myślą, że torujemy narodowi naszemu drogę do szczęścia... Lecz oto przyszedłeś ty... w proch, w nicość obróciłeś ofiarę naszą... zabiłeś w nas radość i spokój... Przygotowaliśmy drogę dla