Strona:F. A. Ossendowski - Lenin.djvu/94

Ta strona została uwierzytelniona.
64
F. ANTONI OSSENDOWSKI


Uljanow podniósł głowę.
Surowa, zawzięta twarz była spokojna. Ciemne oczy patrzyły zimno.
— Nie boję się! — odparł suchym, chrapliwym głosem.
— Więc co postanowiłe ?
Oparł głowę na rękach i, nie patrząc na Lenę, mówił, niby spowiadał się przed samym sobą:
— Wiedziałem dawno, że brat zamierza wykonać zamach. Znalazłem u niego część maszyny piekielnej... Przerażało mnie to... Ani chwili nie wątpiłem, że skończy się to śmiercią brata... W wypadku niepowodzenia powiesił go Aleksander III; gdyby zamach się — udał — uczyniłby to samo następca jego... Innego wyjścia nie było, nie mogło być! Miałem możność uprzedzić nieszczęście, uprosić brata, powiedzieć o wszystkiem matce... Nie uczyniłem tego... Ja jeden wiem, jakie męki przeszedłem! Pozwoliłem Aleksandrowi wyjechać z bombami... na śmierć. Nie mogłem postąpić inaczej! Człowiek powinien żyć dla idei i celu, zapominając o sobie... Powstrzymywać go nie wolno!
Przerwał i patrzył nieruchomo przed siebie.
— A teraz? Co będziesz robił? Milczał? Cierpiał? — spytała Lena i dotknęła ręką czoła Włodzimierza.
Spojrzał na nią zmrużonemi oczami i rzekł, akcentując każde słowo:
— Ja bomby rzucać nie myślę! Jest to zabawa w bohaterstwo. Głupia, nędzna awantura! Bezcelowy rozlew krwi... Ja przysięgam zemścić się na Romanowych, lecz czas na to nie przyszedł jeszcze... Przyjdzie niebawem... Wtedy poleje się krew! Morze krwi!
— A jeżeli ten czas nie przyjdzie?
— Przyjdzie... Ja go przyśpieszę! — odpowiedział, uderzając pięścią w stół.
Lena popatrzyła na niego ze zdumieniem.
Myślała, że ten młodzieniec rzuca puste, szumne frazesy, aby oszukać ją i siebie, usprawiedliwić swoje tchórzostwo i bezczynność. Nagle spostrzegła wyraz ostrych oczu jego, skierowanych na siebie. Stały się podobne w tej chwili do przenikliwych źrenic ptaka drapieżnego. Paliły ją i docierały do najtajniejszych zakątków jej mózgu.