Strona:F. A. Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1930).djvu/158

Ta strona została przepisana.

— Jutro przylatuje tu z Shanghaju Bob Curty, znakomity pilot, i będzie robił „looping“ nad naszem miastem.
— Oho! — wykrzyknęliśmy, przeczuwając zdobycz w postaci kilku chińskich dolarów, jako honorarjum za artykuły, wywiady, wzmianki, fotografje...
John, jak Jowisz chmurami, otoczył się dymem fajki i znowu ryknął:
— Sam będę pisał! Zobaczycie, jak się to robi po amerykańsku, Friends!
Pospuszczaliśmy nosy na kwintę, lecz nadziei nie traciliśmy, bo w redakcji wszystko jest możliwe. Może, Bóg da, że John Coonegh upije się whisky, albo że ktoś rozbije mu nos podczas bójki w restauracji, lub jakiś dobroczyńca — samochód połamie mu gnaty, no, słowem, coś może się stać, co spowoduje deszcz dolarów lub centów do naszych wymizerowanych kieszeni.
Jednak John natychmiast zaczął pisać wstępny artykuł o sensacji i po kwandransie już czytał go nam.
Boże sprawiedliwy! Czego tam tylko nie było?! Wszystko, oprócz prawdy i zdrowego sensu.
Wydało mi się, że wybuchła skrzynia z petardami. Pomyślałem sobie, że gdybym sam był redaktorem i taki artykuł John Coonegh podał mi na biurko, kazałbym woźnemu wyrzucić autora na zbity łeb.