Strona:F. A. Ossendowski - Pierścień z Krwawnikiem.djvu/104

Ta strona została uwierzytelniona.

skrzyń, które latają jak aeroplany! — z przejęciem mówił Firlej.
— A...e...ro... — usiłował Mongoł powtórzyć trudne, cudzoziemskie słowo.
— Ach prawda! — zaśmiał się doktór. — Zapomniałem, że nie znacie tego wynalazku białych ludzi! Tak, mili moi, my zwalczyliśmy już przestrzeń i latamy jak ptaki!
W głosie jego brzmiały nuty dumy, lecz poczuwszy utkwione w sobie oczy Unena spojrzał na niego. Lama patrzał na niego rozpłomienionym i jak gdyby ironicznym wzrokiem.
Mnich potrząsając z lekka głową powiedział:
— Słyszałem coś o tym, że latacie jak ptaki... tylko jak ptaki...
Firlej nie miał czasu zastanawiać się nad tonem i znaczeniem tych słów, bo jeszcze bardziej podnieconym głosem począł mówić:
— Muszę koniecznie widzieć tę skrzynię!... Możemy znaleźć w niej bardzo ważne wskazówki...
Dżałhandzy zrozumiał, że lekarz ma słuszność i że zniknięcie skrzyni jest bądź co bądź zjawiskiem zagadkowym.
— Gdzież oni ją zapodzieli? — pytał siebie w duchu, a jego bystre oczy stepowe macały każdy kamyk i każdą piędź ziemi. Wreszcie skradającym się krokiem podszedł do podstawy grobowca i obejrzał go ze wszystkich stron. Uwagi jego nie uszła świeża szczerba na tynku i niegłębokie wklęśnięcie ziemi pod stopniem.
— Guru, guru! — zawołał hutuhta. — Spójrz! Zdaje mi się, że ci ludzie przenieśli dlaczegoś tu skrzynię a potem dopiero gdzieś ją ukryli. Zapewne wstępowali na stopień i odbili kawałek tynku, bo jakżeby inaczej powstała ta zupełnie świeża skaza?
Unen uważnie oglądał odnalezione przez Mongoła ślady i nagle uśmiechnął się wesoło.
— Sądzę, że dopomożemy białemu przyjacielowi obejrzeć skrzynię! — powiedział. — Czcigodny hutuhta zechce