Strona:F. A. Ossendowski - Pod sztandarami Sobieskiego.djvu/21

Ta strona została przepisana.

się szeptem naradzali z młodymi łeginiami po łąkach za woryniami i na skraju puszczy.
Te sprawy nieznane, tajemne ciekawiły ludzi i niepokoiły, budząc jakieś przeczucia i obawy, że coś strasznego lada dzień spaść ma na zieloną, umajoną Wierchowinę.
Tymczasem ci, co posieli ziarna niepokoju, byli już daleko.
Drogą ciągnącą się brzegiem Prutu, co już bukowińskie przecinał góry, sunęła malutka i dziwna karawana. Siedmiu jeźdźców w czerwonych „kraszenyciach“ — portkach, skórzanych kierpcach i starych keptarach[1], w wysokich stożkowatych kołpakach wojłokowych na głowach trzęsło się na wąskich siodłach, pędząc przed sobą stadko wołów z pięćdziesięciu sztuk złożone. Żółty kudłaty kundel oganiał woły i trzymał je w kupie. Minęli małą mieścinę Pergu-Mizila, gdzie ich asłan[2] miejscowy długo i podejrzliwie wypytywał, kto zacz są i po co jadą?
Stary gazda potrząsając głową, z której spadała czupryna w drobne upleciona warkoczyki, objaśniał po wołosku i turecku, że pędzą partię bydła zakupionego u nich w górach przez kupca Arałowicza w Jassach. Urzędnik graniczny, uśmiechając się dość zagadkowo, puścił ich wolno, mrucząc coś do wartownika stojącego przy drzwiach jego biura.
Karawana ruszyła dalej, ale nie ujechała jeszcze i dwu mil, gdy nagle opadła ją wataha Tatarów.

Siekąc woły nahajami spędzili je z drogi

  1. Futrzana kurta bez rękawów, serdak.
  2. Komendant turecki.