Strona:F. A. Ossendowski - Pod sztandarami Sobieskiego.djvu/24

Ta strona została przepisana.

niejszych dowódców tureckich i tatarskich. Szły zaprzężone do ciężkich wozów ponure bawoły i wielbłądy, wszędzie widniały sklecone na poczekaniu stragany i kramiki, gdzie przedsiębiorczy Żydowiny, Ormianie i Wołosi handlowali czym mogli.
Karawana huculska wraz z tłumami żołnierstwa i taborami wjechała do Jass i poczęła szukać znajomego kupca Arałowicza, Ormianina stanisławowskiego. Znaleźli go wreszcie w składzie handlowym, a Hucuł Hryć pozostawszy z nim sam na sam powiedział jedno tylko słowo:
— Szreniawa!
— Ach! — ucieszył się Arałowicz. — To widzę pan rotmistrz Berezowski, przez pana strażnika wojskowego zapowiedziany?! Cóż to za ludzie przybyli z waszmością! Czy aby pewni, bo tu aż się roi od szpiegów agi Berlibeja?
— Możesz waść polegać na nich, jak na Zawiszy! — uspokoił go rycerz. — Poza Olkiem, pacholikiem moim, który pary z gęby nie puści, choćby zeń pasy darli pohańce, mam ze sobą dwóch braci Osipuków — Dymitra i Ołeksę; watahę połoninnego, dawnego szlachcica, Jana Budurowicza, któremu wszystkie nadania ogień strawił przed laty, no i dwóch juhasów, chłopaków na schwał, Hucułów z krwi i kości Hrymaluka Kościę i Skryblaka Andryjkę. Zgodna to, zubasta zgraja, co już nieraz Tatarom kły ukazywała na naszych płajach górskich! Ho, ho! Zubaste, powiadam wam, są to szczuki albo zgoła wilki i rysie...
— Sądzę, że teraz w tej zgrai rysiem chadza waszmość, panie rotmistrzu — uśmiechnął