Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/21

Ta strona została przepisana.

nego, nieprawdopodobnego życia równał się kompleksowi kilku bytów. Zacierały się granice poszczególnych okresów, kolejność zjawisk wymykała się z pod kontroli pamięci, cała zaś linja życiowa — łańcuch przyczyn i skutków — stapiały się w chaotyczne zbiegowisko faktów, które traciły już swoją ostrość i nie wzbudzały jakichkolwiek emocyj, z wyjątkiem chyba pewnych momentów szczerego zdumienia niezainteresowanego zresztą w nich obserwatora. Objektywność i obojętność wyczerpanej emocjonalności — takie tylko wyniki pozostawia po sobie podobne życie — bogate w nieznośnie ostre wrażenia. Nic więc dziwnego, że trzydziestoletni zaledwie człowiek, jakim poznajemy naszego bohatera, choć miał młodą, ściągłą twarz, gęste, jasne włosy, białe, zdrowe zęby, wysoką i muskularną postać, zdradzającą niepospolitą siłę fizyczną i jakąś przyczajoną drapieżną zwinność zwierza, gotowego do skoku, mógł powiedzieć o sobie (a w rzadkich chwilach szczerości nawet mawiał), że jest już stary — stary spadającem nań doświadczeniem kilku naraz generacyj różnych, niepodobnych do siebie okresów dziejowych.
Wprawny zresztą obserwator spostrzegłby u niego zapewne nieomylne oznaki starości. Na czole, pomiędzy brwiami i od kącików warg, umiejących mocno się zaciskać, — aż do mocnego podbródka wyżłobiły sobie zawiłe łożyska głębokie zmarszczki, które już niczem złagodzić się nie dają; w blado-niebieskich, szeroko rozwartych oczach, patrzących twardo i zimno, jakaś wewnętrzna, mętna mgiełka przysłaniała źrenice, ukrywając dokładnie wszelkie uczucia i wrażenia. Z pod energicznie zarysowanych łuków