Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/33

Ta strona została przepisana.

Uważam, że trafiłam bardzo szczęśliwie, wynająwszy tę chałupkę.
— Istotnie! — zgodził się Wagin i, raz jeszcze ukłoniwszy się pani Wierze, skierował się ku wyjściu.
Wkrótce po tej wizycie przed dom Jun-cho-sana zajechała dwukonna dorożka chińska, a z niej wysiadł Wagin i z pomocą furmana wniósł do pokoju dwie walizki skórzane. W półgodziny później był już rozlokowany w nowej siedzibie.
Pani Somowa, zajrzawszy do pokoju, zapytała:
— Może potrzebuje pan czego? Czy nie dać wrzątku na herbatę?
— Dziękuję! — odparł krótko, urywając nikły wątek możliwej rozmowy.
Po chwili wyszedł z domu. Miał jeszcze bardziej skupioną twarz i niezwykle ostry, baczny wyraz oczu. Przypomniał mu się nagle przestrach na szerokiej, steranej twarzy senatora Ableuchowa.
Zacisnął wargi i syknął:
— Tchórze! Nędznicy! Krety! Zdrajcy!
Posłyszał własny syk i zdumiał się. Oddawna niczem tak bardzo się nie przejął.
Zmusił się do wyrzucenia z pamięci przerażonego oblicza ekscelencji. To go odrazu uspokoiło. Ruszył przed siebie, rozglądając się na wszystkie strony. Chciał dokładnie poznać dzielnicę, w której zamieszkał, i zajrzeć możliwie wszędzie.