Strona:F. A. Ossendowski - Tajemnica płonącego samolotu.djvu/175

Ta strona została przepisana.

obaj zamożni, obaj — wysłani tu jakgdyby na wygnanie za jakieś tam, niecałkiem piękne sztuczki. Jednego z nich narzucono gubernatorowi jako trzeciego sekretarza, a minister kolonji pod urzędowym podpisem nominacji dodał kilka słów od siebie, polecając szczególnym względom ekscelencji Floridablanca sympatycznego młodzieńca, którym się interesuje wielki marszałek dworu królewskiego.
Drugi z przybyłych pośrednio tylko zostawał pod jego rozkazami. Przysłano go do dyspozycji dowódcy załogi. Młody, elegancki i przystojny rotmistrz konnych karabinierów gwardji, książę Lacy-Martinez, wraz z nowomianowanym sekretarzem rozpoczęli swoją karjerę kolonjalną od rozbijania twarzy murzynom. Dlaczego zawadzały im mocne szczęki czarnych, spokojnych ludzi — tego nikt, ani też oni sami nie wiedzieli. Zdaje się, że jedyną przyczyną tak energicznego demonstrowania „wyższej cywilizacji“ stał się nadmiar szampana, wypitego na pożegnalnej uczcie na pokładzie statku.
Teraz tych arystokratów gubernator zamierzał użyć, jako antidotum dla ostatecznego uzdrowienia zrozpaczonej, wzdrygającej się ze wstrętu i zgrozy senority Lizy Floridablanca.
Wprowadził obydwóch „caballeros“ do swego domu i przedstawił córce.
Od tej chwili zaczęły się częste spotkania, konkursy tennisowe, konne wycieczki, jachting i polowania. Młodzieńcy, świetnie wychowani, prześcigali się w umizgach do przystojnej i powabnej panienki, chociaż żaden z nich nie myślał o pozyskaniu serca córki jakiegoś tam gubernatora zakazanej kolonji afrykańskiej. Usiłowali przetrwać jakotako wyznaczony im termin wygnania, więc flirtowali, wzdychali, dogadzali senoricie i, co było najważniejsze, bawili ją i śmieszyli przez cały dzień.