Strona:F. A. Ossendowski - Tajemnica płonącego samolotu.djvu/23

Ta strona została przepisana.

Wyciągnęła do chłopca rączkę, którą chłopak uścisnął z uśmiechem dumnym i radosnym.
Od tego wypadku Enriko Kastellar spędzał każdą niedzielę w pałacu gubernatora. Szedł tam z bijącem sercem, powracał — ze łzami w oczach. Nie spał potem przez całą noc i wyglądał świtu. Gdy pierwsze promienie słońca przebijały podwójne maty, zawieszone na oknach sypialni szkolnej, szeptał radośnie:
— Nowy dzień!... Znowu ujrzę Lizę... Będę patrzał na nią, słuchał jej głosu...
Chłopak tak zręcznie manewrował, że udało mu się niepostrzeżenie ustąpić czarnowłosej dziewczynce pierwszego miejsca w klasie, nauczył się podpowiadać jej, gdy zaskoczona nieoczekiwanem i trudnem pytaniem profesora nie umiała wybrnąć z kłopotliwej sytuacji, śledził każdy jej krok, z rozpaczą żegnał odchodzącą i przyciskał rękę do kołaczącego serca, kiedy wchodziła do klasy.
Bez namysłu dałby się porąbać dla niej na kawałki, skoczyłby w ogień na pierwsze jej żądanie, bo stała się dla niego wszystkiem w życiu — mocą, radością i celem.
Nie wiedział jeszcze, że jest to miłość — ta najpiękniejsza, najpotężniejsza i najbardziej groźna — pierwsza i ostatnia.
Tak trwało przez dwa lata, aż do ukończenia szkoły.
Enriko miał już 16 lat, wyrósł, wybujał i zmężniał. Jego wiotka, zwinna postać zdradzała siłę. Uduchowiona i piękna twarz, rozświetlona ognistemi, rozmarzonemi oczami, tchnęła stanowczością i męstwem. Zachowywał się zawsze spokojnie, z wrodzonem poczuciem honoru, zyskując ogólny szacunek i przyjaźń.
Pewnej niedzieli, grając z Lizą w tennisa, posłyszał głos służącego:
— Tan gubernator woła Enriko do gabinetu!
Dziewczynka uśmiechnęła się tajemniczo.