Strona:F. A. Ossendowski - Zagończyk.djvu/197

Ta strona została przepisana.

Dowiedziano się od nich, że wśród jeńców znajdował się rotmistrz Andrzej Lis, który był przez Tatarów w jassyr porwany, gdyż pod Cecorą posieczon okrutnie, bez ducha leżał na polu.
W Łęczycy i Sandomierzu z biciem serca wyglądano zaginionego rycerza.
Pewnego wieczora do bramy dworu pana Aleksandra Wolskiego w ziemi sandomierskiej zbliżał się samotrzeć chudy, acz barczysty jeździec.
Podwoje były uchylone, więc wjechał na dziedziniec, otoczył zielony trawnik przed pałacem i zatrzymał konia.
Ujrzał dziwny obraz.
Przed domem na ławie siedział ogromny, nieskładny, do odłamu skalnego podobny człek z blizną szeroką, która mu całą twarz przecinała; jednem ramieniem tulił ów mąż do siebie piękną, czarnowłosą, śniadą niewiastę, a drugiem trzymał owinięte w pieluchy dziecko, przeraźliwie krzyczące.
Bryłowaty olbrzym, posłyszawszy szczęk podków, podniósł głowę i przyjrzał się bacznie.
Nagle porwał się z ławy, dziecko cisnął na kolana kobiety i przypadł do stóp jeźdźca, rycząc, jak żubr zraniony:
— O-la Boga. Toż to komendant mój! Hm! hm!
Oderwał się od strzemienia rycerza i potoczył się jak głaz, co rozpędu wielkiego nabrał, rycząc coraz głośniej i straszliwiej:
— Jaśnie panienko! Pan rotmistrz Lis we dworze!
Pan Andrzej z konia skoczył i biegł ku domowi...

KONIEC