Strona:F. A. Ossendowski - Zagończyk.djvu/58

Ta strona została przepisana.
Rozdział V.
Lisowczyki.

Ośm tysięcy ludzi prowadził ze sobą hetman lisowczyków, sławny pułkownik, Walenty Rogawski.
Był to kawaler fantazji nadmiernej, a surowy, wymagający, chociaż zbytnio nieraz porywczy.
Gniewem zapałał pułkownik, dowiedziawszy się o piśmie króla jegomości do pana Lwa Sapiehy, i bezustannie powtarzał, gdy mowa o tem zachodziła:
— Nieszczęśliwi jesteśmy rycerze, wzgardzeni nad słuszność i w niewdzięcznej porodzeni ziemi.[1]
Zamierzał jednak i z tej nowej, a jak nigdy ciężkiej, potrzeby, z honorem i fantazją wyjść, przeto dawne pułki lisowskie licznemi watahami i kupami swawolnemi wzmógł, aż pod buławą jego ośm tysięcy szabel błyskało.
Była to szlachta polska, ale zuchwała, chociaż rycerska; ciurowie zaś — Mazury, Rusini, Litwini, Moskwicini, Żmudzini i Cyganie. Jednakże szlachty w hufcach pana Rogawskiego nie liczono nad trzy tysiące, resztę stanowiła zbieranina wszelaka, butna, śmiała, a do zbrodni każdej skora.
Gdy doszli lisowczyki do Podgórza krakowskiego, dostojni panowie po miastach, szlachta po dworach, lud wiejski i mieszczuchów rzesze dziwowały się ustawicznie, pytając jeden drugiego:

— Zaliż wojnę jakową mamy, że tyle ludu zbrojnego na wikt nam posłano?

  1. Słowa autentyczne, wyjęte z mowy H. Kleczkowskiego. (Dzieduszycki, l. c. I, 224).