Strona:F. A. Ossendowski - Zagończyk.djvu/90

Ta strona została przepisana.

Lisa z ośmiu setniami. On dla takowej sprawy — najlepszy! Duszę ma junacką, moc niepospolitą, a rozwagę zgoła senatorską! Nie zapalny to człek i do odwagi beznamyślnej nie skory, acz strachu nie zna, ino wszystko rozważa skrzętnie. Tylko Jędrkowi imprezę takową powierzyć mogę, boć to — z rodu Lisów, na których, jak na skale, polegać można — nie drgnie, nie upadnie, nie zdradzi przenigdy!
Tegoż wieczora o postanowieniu panów wiedział pan Andrzej i, w tajemnicy wszystko trzymając, jął do chorągwi łuńskiej nowe setnie wcielać, a uczyć, a każdego jeźdźca zosobna poznawać, a fortele różnorakie obmyślać i na błoniach podkarpackich próbować.
Pan Aleksander Wolski do Sandomierza wyrwał się z obozu i, do junaka wpadłszy, ze sobą jechać namawiał, mówiąc:
— Wiem ci, panie Jędrek, że radzi tam osobie twej będą, małżonka moja, bo polubiła cię, jako syna, no, i Basia, suponuję, nie krzywo ciebie powita, hę?! Jedźże, jedź!
Pan Andrzej westchnął żałośnie i odparł:
— Jabym tam na skrzydłach poleciał, wilczym tropem pobiegł, ino służba — nie mać, a — macocha!... Nijak nie mogę, bo już ostatnie dnie tu siedzę... Wychodzę ze swoimi ludźmi...
— Wychodzisz? — zawołał pan Aleksander. — A dokąd i w jakiej potrzebie?
Rotmistrz oczy spuścił i odparł krótko:
— W podjazd ruszam... daleki...
Pan Wolski o nic więcej nie pytał, gdyż, jako człek wojenny, pojął, że nie może junak nic więcej powiedzieć, więc tylko mruczał: