Strona:F. Antoni Ossendowski - Gasnące ognie.djvu/18

Ta strona została skorygowana.
8
GASNĄCE OGNIE

A nad tem wszystkiem — nad rozrosłymi wieśniakami i hożemi krasawicami, o twarzach ogorzałych, o goracym połysku czarnych oczu i białych zębów, nad polami pszenicy i kukurydzy, nad szeroko rozlaną koło stacji „Czarna Voda“ rzeką – świeci słońce radosne i łagodne, z obojętną dobrocią rzuca snopy promieni złotych na kołyskę ukrytą w cieniu dzikiej gruszy, na most, źle zbudowany, na tryskającą z szybu czarną ropę i na jeszcze czarniejsze myśli tych, którzy z trzewi ziemi wydobyli tę cuchnącą, zatrutą ciecz.
Słońce napełnia moje serce obojętną łagodnością i przebaczeniem.
Niech sobie ludziska robią, co chcą! Ścieżek życiowych jest bez liku, niby na przełęczy górskiej. Każdy dąży do swego celu! Nie mogę być „guidem“ dla wszystkich!
Tembardziej, że po upalnym dniu, w zaduchu i kurzu wagonu czuję się zmęczony i głodny. Na szczęście zbliżamy się do Konstancy.
Te pociągi rumuńskie wloką się straszliwie, ale na stacjach nie robią długich postojów.
Raz jeden tylko udało mi się łyknąć filiżankę kawy, tak marnej, że chyba z kukurydzy, albo żołędzi upalonej.
Westchnąłem do uczciwej mocnej, wonnej kawy marokańskiej i algierskiej, tak świetnie przyrządzanej w domu przez moją żonę.
Odbiję sobie rumuńską „mokkę“ w Jaffie, Bejrucie, Bagdadzie!
Żegnam znajome żydóweczki, które mają zamiar zaopatrzyć mnie w czosnek na cały dzień, dowiedziawszy się, że nasz statek dopiero jutro ma odpłynąć, jak głosi anons linji okrętowej Fabre, wywieszony na dworcu.
Wychodzę na peron.
Odrazu wyczuwam bliskość morza. Znam i kocham ten oddech olbrzymiej piersi jego.
Odwracam głowę i widzę niebieską, przetkaną złotem i srebrem taflę morza.
Wznosi się ono i opada powolnie, leniwie, jakgdyby oddychało uśpione.
Nie znam miasta, więc zdaję się na łaskę dorożkarza.